Kalev miał wiele
wyobrażeń na temat tego jak to, czego się podjął, miało wyglądać. Vairego nigdy
nie obchodziło, co dzieje się na granicach Aberrangu. Zawsze siedział w swojej
twierdzy, kryjąc się jak szczur przed wzrokiem innych – tak donosili szpiedzy.
Jego ludzie – niewolnicy i skazańcy – wiele razy zdołali nawet wykraść z
Aberrangu stalowy oręż i rynsztunek, dobra, których Królestwa Ludzi od setek
lat nie miały pod dostatkiem. Vaire mógł sobie władać ogniem, mógł odebrać go
ludziom, ale nigdy, przenigdy nie odbierze im woli walki. Tak właśnie myślał
Kalev, gdy wydawał rozkaz wymarszu na Aberrang. Jakże się mylił, gdy zdawało mu
się, że kilkoma skradzionymi mieczami zdoła przetrącić rękę Vairego, Czarnego
Płomienia Aberrangu.
W oddali brzmiały
bębny; ich dźwięk zwiastował nadejście heroldów, choć żadnego jeszcze Kalev nie
widział. Słyszał wiele opowieści o odzianych w szkarłat, zamaskowanych sługach
Vairego, którzy w Aberrangu głosili i egzekwowali jego wolę, a na polach bitew
magią ognia siali zamęt i zniszczenie w szeregach wrogów. Kalev nigdy żadnego
nie widział – oni nigdy nie pojawiali się pośród Istryjczyków – lecz same
bębny, bijące nieprzerwanie, rytmicznie i złowrogo od wielu dni wystarczyły, by
wpędzić go w pełną rozpaczy trwogę. Niemal oszalał od ich dźwięku – słyszał go
dniami i nocami, wciąż i wciąż, we śnie i na jawie, aż wreszcie nabrał
przekonania, że jeśli kiedykolwiek z tego wyjdzie, to echo ich bicia będzie
rozbrzmiewało mu głowie aż po kres jego dni.
Ściął głowę jakiemuś
okutemu w żelazo Aberrańczykowi, a potem ledwie uniknął ciosu drugiego. Był
dobrym wojownikiem i, mimo że nie nawykł do walki w ciężkiej, metalowej zbroi,
zdołał zadać płynny, celny cios. Krew wyznawcy upadłego Valki chlusnęła obficie
na pokrytą szarym, cuchnącym popiołem ziemię, a Kalev pogratulował sobie w
myślach zręczności.
Nigdy nie był w
Aberrangu – nie widział go nawet z daleka. Ba, nigdy nie widział nawet prawdziwego
ognia, którego palenie było surowo zakazane. Gardził tymi, którzy wydali te
zakazy. Gardził nimi, bo uczynili to ze strachu przed Vairem, przed upadłym Valką,
złym bogiem, który dawno temu przestał wyściubiać nos ze swojej twierdzy,
którego nikt nigdy nie widział, i który równie dobrze mógł wcale nie istnieć.
Kalev wprawdzie nie odważył się rozpalić ognia, lękając się, że jeśli było
inaczej, to w ten sposób demon go dosięgnie. Zbyt wiele razy słyszał historie o
tym, jak jeden nieopatrznie wykrzesany płomyk, a czasem nawet iskra
wystarczyły, by Czarny Płomień zdołał rozpętać piekło i spalić żywcem całe
wielkie miasta, jak przed setkami lat Krasnovodę. Wciąż jednak, mimo wszystko,
albo może wbrew wszystkiemu Kalev wierzył, że Vaire to jedynie straszak. Że tak
naprawdę wcale go nie ma, a dawne legendy kłamią, klechy opowiadają kłamstwa i
to wszystko jedna wielka bujda.
Pomylił się.
— Sarai! —
zawołał. Rozejrzał się dookoła i zobaczył, że ta pozbawiona rozumu i pokory
dziwka wcale go nie słucha, zamiast niego ochraniając tę durną, bezużyteczną
Ofir, która wciąż podnosiła na niego rękę. W jego sercu, mimo strachu,
rozgorzał gniew. Kiedy – jeśli – wyjdą cało z tej żałosnej bitwy, przypomni im
obu, gdzie ich miejsce. — Sarai, Ofir, wy durne suki, do mnie!
Obie na niego
popatrzyły. W oczach małej Ofir błysnęło coś, co mu się nie spodobało. Obiecał
sobie, że po powrocie ona pierwsza posmakuje jego bicza.
Podeszły obie i
skłoniły głowy przed swoim panem. Już otwierał usta, by je zrugać, że
zapomniały, gdzie ich miejsce, zapomniały, że miały go chronić, lecz wtem
powietrze rozdarł przeraźliwy, potworny, zwierzęcy ryk.
Wszyscy zamarli,
tak jego ludzie, jak Aberrańczycy. Wszyscy patrzyli w zasnute czarnymi chmurami
niebo ponad płonącym tysiącami ognisk i hutniczych pieców Aberrangiem. To było
piekło na ziemi, jak gdyby rozwarło się przed nimi samo Rendum – tak po raz
pierwszy Kalev pomyślał, gdy ujrzał owiane okrutną sławą królestwo Czarnego
Płomienia. Ogień płonął, a kłęby wszechobecnego dymu zasnuły niebo na
podobieństwo chmur. Jeśli nie tak wyglądało Rendum, do którego trafiali niewierni
Stwórcy, to Kalev niczego już nie wiedział.
Ryk ponownie
rozdarł powietrze, a potem ziemia zadrżała. Sarai przypadła do Ofir, a Kalev
nie mógł się opanować i obie przetrącił rękojeścią miecza. Durne, grzeszne
kurwy – nawet teraz, w obliczu śmierci, nie kryły się z odrażającym
obłapianiem. Da im nauczkę, gdy wrócą. Nie wyda ich obu na śmierć, choć
powinien, ale da im taką nauczkę, że dla którejś z nich to będzie ostatnia.
Popatrzył na Ofir, na małą, nieznośną Ofir, która wciąż mu się sprzeciwiała i już
wiedział.
Nie zdążył
pomyśleć o niczym więcej. Z dna urwiska nagle zawiało popiołem, a podmuch był
tak silny, że Kalev niemal zachwiał się na nogach. Nie rozumiał, co się działo,
ale pojął jedno – wszystko przestało iść zgodnie z planem.
Jeszcze jeden,
gwałtowny i potężny podmuch, a potem kolejny ryk. Później, z samego dna
przepaści, jakby wynurzał się z Rendum, w powietrze wzleciał smok.
Światło słońca i
ognisk Aberrangu odbijały się od lśniących niczym oszlifowany diament łusek
bestii. Stwór rozłożył skrzydła pokryte cienką, rozciągniętą na długich
kościach błoną, połyskującą niczym najszczerszy klejnot. Wyciągnął długą,
porośniętą kolcami szyję, machnął ogonem i ryknął tak głośno, że Kalev miał
wrażenie, że cały świat zachwiał się w posadach.
Potem stwór zionął
ogniem. Aberrańczycy, którzy pojęli, co się święci, w ostatniej chwili umknęli
przed niszczycielskim płomieniem ogromnego jaszczura. Jego ludzie krzyczeli.
Kalev słyszał ich przeraźliwe wrzaski, czuł ohydny, odrażający swąd palonego
ciała. Kolana mu się trzęsły, ale nie cofnął się. Był wojownikiem. Był półkrwi
Istryjczykiem i przysiągł swoim przodkom przynieść śmierć demonowi z Aberrangu.
Umrze w walce. Nie ucieknie jak tchórz.
Smok ryknął i
wzbił się w powietrze. Garstka ocalałych patrzyła, jak zatacza koło na niebie,
a Aberrańczycy wykorzystali okazję.
Kalev po raz
pierwszy uświadomił sobie z całą mocą, że najpewniej nie wróci do domu. Czuł,
jak kolana mu drżały, a potem, że w nogawicach zrobiło mu się mokro.
Smok zatoczył
jeszcze jeden okrąg, tuż nad ich głowami. Kalev patrzył na jego perłowe łuski,
które sprawiały, że smok wyglądał rachitycznie i pięknie. Bestia usiadła na
ziemi o kilka kroków przed Sarai i Ofir, które teraz trzęsły się ze strachu w
swoich objęciach. Ale Kalev nie miał odwagi ich skarcić. Nie, kiedy wreszcie
ujrzał na grzbiecie bestii jeźdźca.
Smok ryknął, ale
nie zionął ogniem. Wyciągnął przed siebie zakończoną ostrymi jak brzytwy
pazurami łapę i pozwolił jeźdźcowi zsunąć się na ziemię pewnym, pełnym wprawy
ruchem.
Postać była
smukła, choć nie tak wysoka jak Kalev się spodziewał. Cała odziana w biel,
wiotka i wdzięczna niczym elf. Nie widział ani skrawka ciała – nawet dłonie,
szczupłe, o długich, zgrabnych palcach jeździec miał odziane w białe rękawice.
Na twarzy nosił srebrną, kunsztowną maskę wykutą – mówiło się – własnoręcznie w
najstarszych kuźniach Aberrangu. W kuźniach dawnej Istry, którą Vaire odebrał
ojcom Kaleva. Błyszczała i była gładka niczym najdoskonalszej roboty lustro, a
Kalev widział w niej swoją brudną od potu, popiołu i krwi, umęczoną twarz. Rude
jak ogień włosy spływały na jego ramiona. Złote oczy gorzały i błyszczały szaleństwem
poprzez otwory srebrnej maski.
Oto Kalev miał
przed sobą samego Vairego, Czarnego Płomienia, upadłego Valkę i władcę
Aberrangu.
Nagle oprzytomniał
i choć wiedział, że to będzie najpewniej ostatnia rzecz jaką uczyni, starając
się zrobić to tak szybko, jak tylko był w stanie, rzucił się na smoka i ciął go
w szyję. To było instynktowne – czuł w kościach nadchodzącą śmierć i uczynił
pierwsze, co podsunął mu sparaliżowany strachem umysł.
Ku jego zdumieniu,
bestia nie uczyniła nic, by się uchylić, nic, by się bronić, tylko patrzyła
swoimi błękitnymi, zimnymi niczym najstarsze lodowce Freljordu ślepiami prosto
w jego twarz, a w chwilę przed tym, gdy jego miecz dosięgnął celu, z gardzieli
bestii wydobył się cichy, dudniący pomruk.
Ostrze zatopiło
się w twardym cielsku. Bestia zawyła, gorąca, cuchnąca krew chlusnęła z rany,
aż wreszcie łeb smoka opadł bezwładnie na ziemię. Kalev nie wierzył własnym
oczom. Żaden człowiek nie zdołałby tak
łatwo zabić smoka. Nawet tak niewielkich rozmiarów. To nie mieściło mu się w
głowie, choć miał przez moment wrażenie, że smok mu na to pozwolił.
Vaire w milczeniu
spoglądał na miotającego się w bólu i agonii smoka. Gdy bestia znieruchomiała,
pan Aberrangu wyciągnął do niej dłoń i powoli, niemal czułym ruchem, przesunął
ją po pokrytej perłową łuską szyi bestii. Przyjął śmierć swojego zwierzęcia z
przerażającym i nienaturalnym spokojem. A potem powolnym, ospałym ruchem
zwrócił twarz ku Kalevowi.
— Ty głupcze —
powiedział wreszcie. Głos miał miękki i niemal przyjemny, choć zniekształcony
przez maskę. Kalev zupełnie, zupełnie nie tak wyobrażał sobie Nieprzyjaciela. Mimo
jego niepozornego wyglądu, czuł unoszącą się w powietrzu, gęstniejącą grozę. —
Myślisz, że możesz się sprzeciwić bogu? Zdaje ci się, że pozwolę takiemu jak
ty, nic niewartemu ścierwu, podnieść rękę na moje dziecko?
Kalev zadrżał, a
Sarai się rozpłakała. Vaire posłał jej krótkie, ostre spojrzenie, ale zaraz zwróciło
się ono na Kaleva. Spodziewał się ciosu. Spodziewał się, że Vaire dobędzie
wiszącego u jego pasa miecza i zetnie mu głowę, ale nic podobnego się nie
stało. Zdarzyło się coś zupełnie innego i całkiem niespodziewanego.
Vaire otworzył
usta i rozbrzmiał jego Głos. Zaczął śpiewać swoją Pieśń.
Gdy Valka śpiewał,
Kalev miał wrażenie, że cały świat trzęsie się i chwieje. Głos rozbrzmiał
najpierw w powietrzu, potem w ziemi pod ich stopami, aż wreszcie czuł go w
całym swoim ciele, w każdym jego członku, w każdym zagłębieniu, we wszystkich
kościach.
Kalev nigdy nie
słyszał Pieśni bogów, bo żadna Valka poza Vairem nigdy nie pokalała swojej
stopy, stąpając po ludzkiej ziemi. Kapłani, którym Maedhros pozwolił Śpiewać i
dał namiastkę Głosu, by wyśpiewywali ludziom ciepło i światło, wydawali się
marnymi miernotami przy śpiewie samego Vairego, bliźniaczego brata Pierwszego Syna. Jego Pieśń
rozbrzmiała w całym jestestwie Kaleva; zadrżał i chwyciło go wzruszenie. Głos
Vairego dźwięczał w uszach, trząsł samymi fundamentami rzeczywistości i Kalev
wiedział, że już nigdy, przenigdy nie podda w wątpliwość jego boskości, o ile w
ogóle będzie miał ku temu okazję.
Powietrze drżało
od magii i Kalev nigdy czegoś takiego nie czuł. Najpierw długą chwilę myślał,
że kolana trzęsły mu się jak dziecku, a dopiero po pewnym czasie pojął, że to
nie jego kolana, lecz ziemia.
I nagle to
zobaczył. Vaire śpiewał, jego Głos niósł się echem daleko, między górami, a
rana na szyi jego smoka poczęła się zasklepiać.
Kalev nie
wiedział, co czyni. Jego ręka sama dobyła sztyletu i sama, całkiem poza jego
kontrolą, wbiła ostrze w gardło Vairego.
Pieśń ucichła, a Valka
wyprostował się i, nie zważając na cieknącą z przebitego na wylot gardła krew,
popatrzył na Kaleva. Potem uniósł odzianą w białą rękawicę dłoń i wyciągnął
ostrze ze swojej szyi. Rana niemal natychmiast się zasklepiła.
— Chcesz zabić
boga? — zapytał cicho Vaire. — Chcesz zabić nieśmiertelne dziecko Stwórcy?
Ukradzionym, żelaznym sztyletem? — Odrzucił go na ziemię i w powietrze wzbiła
się chmura popiołu. — Nie rozśmieszaj mnie, człeczyno — prychnął pogardliwie
Vaire.
A potem na nowo
podjął przerwaną Pieśń.
Kalev mógł tylko
patrzeć, jak rana bestii się zrasta, a potem smok podnosi łeb i ryczy tak głośno
i przeraźliwie, że miał wrażenie, że góry za jego plecami popękają od tego
hałasu.
Vaire dotknął raz
jeszcze szyi smoka, a ten wdzięcznie się pod jego dotykiem wygiął, jak gdyby
pieszczoty jego pana sprawiały mu niewypowiedzianą przyjemność.
— Eitilt ar shiúl,
Cursa. Fŕig an duine dhomh.
Język Valek był
śpiewny i miły dla ucha, a jednocześnie tak zawiły, że Kalev nie miał pojęcia,
jakim cudem podobne dźwięki wydobywają się z gardła niemal ludzkiej istoty.
Smok zaryczał i
wzbił się w powietrze, aż w górę uniosły się tumany kurzu. Kalev się
zakrztusił, podobnie Sarai i Ofir. Tylko Vaire stał niewzruszony. Na jego
białym odzieniu osiadł pył, który niecierpliwie strzepnął z ramion. Potem
odwrócił się do Sarai i Ofir.
— Wy — odezwał
się. — Nastał dziś koniec waszej niewoli. Koniec waszego poniżenia. Jeśli
marzyłyście kiedykolwiek o wolności, to ja, Vaire, wam ją podaruję. Bramy
Aberrangu stoją przed wami otworem. Moja ziemia jest surowa, ale będziecie na
niej ludźmi takimi samymi jak mężczyźni. Nie będziecie niczyją własnością.
Kobiety milczały i
trzęsły się, a Vaire wbijał w nie twardy, wyczekujący wzrok. Wreszcie odezwała
się Ofir.
— Panie. — Jej
głos drżał. — Czy to może być? Czy nie kusisz nas pięknymi obietnicami, tylko
po to by twoi ludzie spalili nas na stosie ku twej chwale?
Vaire, ku
przerażeniu Kaleva, zaśmiał się perlistym, niemal histerycznym śmiechem
szaleńca.
— A jeśli powiem,
że nie, to uwierzysz mi, pani? — zapytał. — Tyle tylko, że nie masz nic do
stracenia. Słowo szaleńca i wątpliwa nadzieja albo pewna niewola u waszego
pana. To wasz wybór, ale bramy mej ziemi stoją dla was otworem. Winnyście mi w
zamian wyłącznie wierność, a to oznacza odwrócenie się od mojego brata i ojca.
Nie czci się w Aberrangu ani Maedhrosa, ani Stwórcy.
Kalevowi niemal
serce stanęło na dźwięk tego bluźnierstwa. Odwrócić się od Maedhrosa było
największą zbrodnią, jakiej dopuścić się mógł człowiek; przewyższało ją tylko
odwrócenie się od Stwórcy. Tego nawet sam miłosierny nade wszystko Elisheva nie
mógłby wybaczyć. Po takiej zdradzie na duszę ludzką czekała wyłącznie zimna,
ciemna Czeluść – Rendum. Tylko wiara w Maedhrosa i wszechojca, Elishevę, oraz
ich łaska uratowały ludzkość przed śmiercią w ciemności i zimnie, w dziurze całkiem
pozbawionej ciepła i światła ognia, który zagarnął Vaire.
Czarny Płomień
wyciągnął do kobiet Kaleva odzianą w białą rękawicę dłoń, a one popatrzyły na
nią z wahaniem. A potem Ofir, jako pierwsza, ujęła ją.
— Wyrzekam się
Maedhrosa i oddaję ci się na służbę.
— I ja —
zawtórowała jej ciężkim, poważnym głosem Sarai. — Wyrzekam się Maedhrosa i
przysięgam ci służyć.
— Dziękuję —
powiedział Vaire i to było tak nieoczekiwane, że Kalev aż zamrugał ze
zdziwieniem. A potem bóg przesunął na niego spojrzenie. — A ty, człeczyno? Co
wybierzesz? Śmierć w mym płomieniu czy też zdradę i odkupienia swoich win w
Aberrangu?
Kalev wiedział, że
Vaire nie kłamie. Widział w jego oczach bezlitosną pogardę. Słyszał jednak, co
Czarny Płomień oferuje takim jak on. Takim, co „krzywdzą” kobiety. Nie mógł
pojąć, czemu Vairego, okrutnego Vairego, niszczyciela miast i zdrajcy Stwórcy, mordercę
Valek, w ogóle obchodziły te nędzne, żałosne suki. Chyba, że pragnął zagarnąć
je dla siebie. Wiele się mówiło o jego upodobaniach i rozpuście, jakiej
dopuszczał się w swojej twierdzy w Aberrangu. Mówiło się, że Vaire może
zmieniać płeć w zależności od tego, z kim miał ochotę się zabawić. Był
wprawdzie mężczyzną, ale bywało, że przyjmował kształt kobiety, by spółkować z
mężczyznami, a czasem nawet wtedy tego nie robił. Kalev patrzył na niego i
dostrzegał w jego sylwetce potwierdzenie tego faktu. Był drobnym, wiotkim mężczyzną
i tkwiła w nim pewna właściwa kobietom gracja i wdzięk. Wzrok Kaleva mimo woli
prześlizgnął się po jego spodniach i przeszła mu przez głowę absurdalna myśl,
że ciekaw jest, co on właściwie tam miał.
Spłonił się, gdy
zauważył, że spojrzenie Vairego podążyło za jego wzrokiem. Najpierw demon
zaśmiał się tym swoim histerycznym śmiechem, który przywodził na myśl ujadanie
psa, a potem gwałtownie i nagle umilkł. Kalevowi zrobiło się zimno ze strachu i
gdyby miał czym, to pewnie znów zlałby się w spodnie. Wzrok Vairego stał się
lodowaty i było to tak absurdalne, gdy za jego plecami płonęły ognie Aberrangu,
że Kalev mało się histerycznie nie roześmiał. Ale Valce nie było do śmiechu.
— Czy pragniesz
żyć, człeczyno?
W pytaniu tym
Kalev usłyszał lodowatą i śmiertelnie poważną groźbę. Zaraz zapomniał tak o
Stwórcy, jak o Maedhrosie. Pokiwał głową, choć sam siebie za to nienawidził.
Nie widział twarzy
Vairego, bo przysłaniała ją maska, ale dałby sobie obciąć obie ręce, że ten się
uśmiechnął.
— Dobrze —
powiedział cicho. Jego głos nieco złagodniał, ale pozostał złowrogi. — Zatem
wyznaj mi, czegoś się dopuścił wobec tych kobiet.
— Ja… — Kalev
zamilkł. Co miał rzec? Jego zdaniem nie dopuścił się niczego. One były jego
własnością i mógł uczynić z nimi, co chciał, począwszy od zrobienia im dzieci,
a skończywszy na przetrąceniu kręgosłupa i wrzuceniu do rynsztoka. Czuł jednak,
ze powiedzenie tego Vairemu sprawi, że jego oferta stanie się mniej łaskawa. —
Robiłem tylko to, do czego dało mi prawo naszego ludu.
Vaire nie wydawał
się tą odpowiedzią ukontentowany. Przestąpił z nogi na nogę i skrzyżował ręce
na piersi. Spojrzał na Kaleva wyczekująco i chłodno, a on dygnął niespokojnie.
— Biłem i
obrażałem — wymamrotał. — Brałem do łoża wbrew ich woli. Pozwalałem na to
gościom.
— Jak długo?
— Mam je od
piętnastu lat.
Vaire zamilkł
tylko na chwilę — na krótką chwilę, która powiedziała Kalevowi wszystko o skali
jego gniewu. Kiedy Valka przemówił, głos miał spokojny.
— Zatem
trzydzieści odpracujesz w moich kuźniach – oświadczył chłodno Vaire. — Uczciwie
i sprawiedliwie. Po piętnaście za każdą z nich. Później, jeśli wciąż będziesz
żywy, będziesz wolnym człowiekiem i jeśli wyrzekniesz się mego brata i ojca,
pozwolę ci pozostać w Aberrangu do końca twych dni. Co na to powiesz, kundlu?
Kalev nie znalazł
dość odwagi, by wydusić z siebie jakąkolwiek odpowiedź.
— Co mi odpowiesz?
— Głos Vairego stał się niecierpliwy.
I wtedy odezwała
się Ofir.
— To nieprawda —
wycedziła przez zaciśnięte zęby. Patrzyła na Kaleva z taką nienawiścią, że
zdziwił się, że nie stanął jeszcze w płomieniach. Wściekł się. Rozjuszyło go,
że ta mała suka śmiała wyrzucać mu kłamstwo, a dopiero w chwilę potem pojął, jakie
to będzie miało konsekwencje. Głośno przełknął ślinę. Vaire z pewnością nie
będzie już miłosierny, gdy dowie się wszystkiego. Kolana mu zadrżały. Upadł
nisko. Bardzo nisko. Popatrzył na Ofir błagalnie, niemo prosząc ją, by
poniechała. Ale ona, ta mała, nieułożona dziwka, zupełnie go zlekceważyła.
Puściła Sarai i z pewnym wahaniem podeszła do Vairego, który zwrócił na nią
wzrok. — Zrobił Sarai dziecko. Córkę. Sprzedał ją rok temu, gdy stała się
zdolna do rodzenia dzieci. — Umilkła na moment i odwróciła wzrok. Sarai ukryła
twarz w dłoniach. Ofir podniosła głowę i spojrzała Vairemu prosto w
przysłoniętą maską twarz. — Robił jej to, co nam. Gdy ją sprzedał, miała
trzynaście lat. A robił jej to co najmniej od trzech. Wtedy po raz pierwszy to
zobaczyłam.
Zapadła ciężka,
gęstniejąca cisza, którą przerywało tylko ciche łkanie Sarai. Vaire milczał.
Powoli zwrócił głowę w stronę Kaleva. Nie widział twarzy Czarnego Płomienia,
ale wcale nie musiał. W jego oczach rozgorzała dzika, niczym niezmącona furia i
lodowata nienawiść. Powietrze zadrżało i zgęstniało. Kalev nie mógł oddychać,
czuł się, jakby powoli zapadał się w gęste ciemności Rendum i zwolna oddawał
ducha. A potem, już po raz drugi tego dnia, poczuł ciepłą strużkę spływającą mu
po nodze.
Zatrząsł się.
— Zmieniłem zdanie
— powiedział krótko Vaire, ochrypłym od wstrzymywanego gniewu głosem. — Dla
takich jak ty bramy mojego królestwa są i na zawsze pozostaną zamknięte.
Szczupłą, odzianą
w rękawicę dłonią chwycił rękojeść miecza. Kalev słyszał dźwięk metalu
trącającego o metal, tak obcy dla kogoś z Królestw Ludzi, pozbawionych niemal
kowali i ich tajemnej sztuki, pozbawionych ognia i żaru. Jego dłoń zalśniła
jasnym, oślepiającym blaskiem niczym rozgrzany do białości metal. A potem
rozbłysł też miecz. Kalev nigdy czegoś takiego nie widział, ale zbyt był
przerażony, by kontemplować piękno tego zjawiska.
Potem stało się
coś, czego zupełnie się nie spodziewał.
Ofir krzyknęła, a
Sarai przestała płakać i zamarła. Kalev upadł na kolana i począł modlić się do
Maedhrosa i dziękować mu za ratunek.
Stalowe pazury
przeszyły Vairego, Czarnego Płomienia, na wylot. Z ust boga wyrwało się
zniekształcone przez maskę, zdziwione westchnienie. Szpony cofnęły się, a Vaire
przez krótką chwilę stał na nogach. Gorąca, szkarłatna krew zaczęła plamić jego
biały strój, spływała po jego nogach wprost na ziemię, w rosnącą kałużę. Kolana
się pod nim ugięły.
Bóg upadał, a jego
zabójca go podtrzymał.
Kalev nigdy nie
widział na własne oczy Cirdana, Prawej Ręki władcy Aberrangu, wywleczonej z
głębin Rendum Valgi, ale nie podejrzewał, by to mógł być ktokolwiek inny. Zaraz
zresztą jego domysły potwierdził słaby szept Vairego.
— Cirdan…?
— Nadszedł czas —
odpowiedział tamten. Zdjął hełm, a po jego ramionach rozsypały się jasne,
lśniące perłowo niczym światło gwiazd włosy. — Nadszedł czas na zmiany, Vaire. To
nie może trwać w nieskończoność.
Vaire nic nie
odpowiedział. Jeszcze chwilę jego pierś unosiła się i opadała, a plama krwi
rosła i rosła, aż wreszcie Valka zupełnie znieruchomiał.
Nikt nic nie
rzekł. Kalev wiedział, że na jego oczach działa się kuriozalna scena. Pojmował,
że stał się świadkiem czegoś niezwykłego, niewyobrażalnego, co zupełnie zmieni
historię ludzkości.
Oczywiście jeśli
Cirdan okaże się litościwy. To była przecież Valga – twór samego Stwórcy,
nieudana Valka, istota tak zepsuta, że godna jedynie tego, by zepchnąć ją do
Rendum. Opowieści o jego okrucieństwie krążyły po wszystkich Królestwach Ludzi
i Kalev wiele razy o nich słyszał. Wiele razy słyszał o patroszonych żywcem ludziach,
wiele razy słyszał opowieści o krzykach torturowanych, dobiegających z lochów twierdzy
w Aberrangu. Wiele razy słyszał o bestiach, jakie Cirdan dla zabawy nasyłał na
ludzkie osady, by polowały na ludzi jak na zwierzęta i pożerały ich żywcem.
Palenie ofiar w ogniu przeszło do straszliwych legend, powtarzanych z pokolenia
na pokolenie.
Oczy miał jasne,
zimne, stalowoszare niczym zbroja, którą nosił. Gdy przemawiał, Kalev widział
ostre jak brzytwa, stalowe zęby potwora. Popatrzył na Sarai i Ofir.
— Bramy Aberrangu
są dla was otwarte — powiedział zimno Valga. A potem spojrzał na Kaleva,
któremu serce podeszło do gardła i popuścił w spodnie po raz trzeci. — A co do
ciebie… Chcę, byś wrócił do Królestw. — Schylił się i wziął na ręce ciało
upadłego boga — ciało tego, który sprowadził na ludzkość ciemność i zimno.
Tego, który odebrał im ogień. — Chcę, byś rozpowiadał w waszych miastach dobrą
nowinę. A brzmi ona: „Umarł król, niech żyje król”. Vaire upadł z mojej ręki, więc
teraz przede mną ugniecie kolano.
Odwrócił się i
odszedł, niosąc na rękach ciało swego pana, zanim Kalev zdołał cokolwiek
odrzec.