środa, 18 marca 2020

Prolog

Kalev miał wiele wyobrażeń na temat tego jak to, czego się podjął, miało wyglądać. Vairego nigdy nie obchodziło, co dzieje się na granicach Aberrangu. Zawsze siedział w swojej twierdzy, kryjąc się jak szczur przed wzrokiem innych – tak donosili szpiedzy. Jego ludzie – niewolnicy i skazańcy – wiele razy zdołali nawet wykraść z Aberrangu stalowy oręż i rynsztunek, dobra, których Królestwa Ludzi od setek lat nie miały pod dostatkiem. Vaire mógł sobie władać ogniem, mógł odebrać go ludziom, ale nigdy, przenigdy nie odbierze im woli walki. Tak właśnie myślał Kalev, gdy wydawał rozkaz wymarszu na Aberrang. Jakże się mylił, gdy zdawało mu się, że kilkoma skradzionymi mieczami zdoła przetrącić rękę Vairego, Czarnego Płomienia Aberrangu.
W oddali brzmiały bębny; ich dźwięk zwiastował nadejście heroldów, choć żadnego jeszcze Kalev nie widział. Słyszał wiele opowieści o odzianych w szkarłat, zamaskowanych sługach Vairego, którzy w Aberrangu głosili i egzekwowali jego wolę, a na polach bitew magią ognia siali zamęt i zniszczenie w szeregach wrogów. Kalev nigdy żadnego nie widział – oni nigdy nie pojawiali się pośród Istryjczyków – lecz same bębny, bijące nieprzerwanie, rytmicznie i złowrogo od wielu dni wystarczyły, by wpędzić go w pełną rozpaczy trwogę. Niemal oszalał od ich dźwięku – słyszał go dniami i nocami, wciąż i wciąż, we śnie i na jawie, aż wreszcie nabrał przekonania, że jeśli kiedykolwiek z tego wyjdzie, to echo ich bicia będzie rozbrzmiewało mu głowie aż po kres jego dni.
Ściął głowę jakiemuś okutemu w żelazo Aberrańczykowi, a potem ledwie uniknął ciosu drugiego. Był dobrym wojownikiem i, mimo że nie nawykł do walki w ciężkiej, metalowej zbroi, zdołał zadać płynny, celny cios. Krew wyznawcy upadłego Valki chlusnęła obficie na pokrytą szarym, cuchnącym popiołem ziemię, a Kalev pogratulował sobie w myślach zręczności.
Nigdy nie był w Aberrangu – nie widział go nawet z daleka. Ba, nigdy nie widział nawet prawdziwego ognia, którego palenie było surowo zakazane. Gardził tymi, którzy wydali te zakazy. Gardził nimi, bo uczynili to ze strachu przed Vairem, przed upadłym Valką, złym bogiem, który dawno temu przestał wyściubiać nos ze swojej twierdzy, którego nikt nigdy nie widział, i który równie dobrze mógł wcale nie istnieć. Kalev wprawdzie nie odważył się rozpalić ognia, lękając się, że jeśli było inaczej, to w ten sposób demon go dosięgnie. Zbyt wiele razy słyszał historie o tym, jak jeden nieopatrznie wykrzesany płomyk, a czasem nawet iskra wystarczyły, by Czarny Płomień zdołał rozpętać piekło i spalić żywcem całe wielkie miasta, jak przed setkami lat Krasnovodę. Wciąż jednak, mimo wszystko, albo może wbrew wszystkiemu Kalev wierzył, że Vaire to jedynie straszak. Że tak naprawdę wcale go nie ma, a dawne legendy kłamią, klechy opowiadają kłamstwa i to wszystko jedna wielka bujda.
Pomylił się.
— Sarai! — zawołał. Rozejrzał się dookoła i zobaczył, że ta pozbawiona rozumu i pokory dziwka wcale go nie słucha, zamiast niego ochraniając tę durną, bezużyteczną Ofir, która wciąż podnosiła na niego rękę. W jego sercu, mimo strachu, rozgorzał gniew. Kiedy – jeśli – wyjdą cało z tej żałosnej bitwy, przypomni im obu, gdzie ich miejsce. — Sarai, Ofir, wy durne suki, do mnie!
Obie na niego popatrzyły. W oczach małej Ofir błysnęło coś, co mu się nie spodobało. Obiecał sobie, że po powrocie ona pierwsza posmakuje jego bicza.
Podeszły obie i skłoniły głowy przed swoim panem. Już otwierał usta, by je zrugać, że zapomniały, gdzie ich miejsce, zapomniały, że miały go chronić, lecz wtem powietrze rozdarł przeraźliwy, potworny, zwierzęcy ryk.
Wszyscy zamarli, tak jego ludzie, jak Aberrańczycy. Wszyscy patrzyli w zasnute czarnymi chmurami niebo ponad płonącym tysiącami ognisk i hutniczych pieców Aberrangiem. To było piekło na ziemi, jak gdyby rozwarło się przed nimi samo Rendum – tak po raz pierwszy Kalev pomyślał, gdy ujrzał owiane okrutną sławą królestwo Czarnego Płomienia. Ogień płonął, a kłęby wszechobecnego dymu zasnuły niebo na podobieństwo chmur. Jeśli nie tak wyglądało Rendum, do którego trafiali niewierni Stwórcy, to Kalev niczego już nie wiedział.
Ryk ponownie rozdarł powietrze, a potem ziemia zadrżała. Sarai przypadła do Ofir, a Kalev nie mógł się opanować i obie przetrącił rękojeścią miecza. Durne, grzeszne kurwy – nawet teraz, w obliczu śmierci, nie kryły się z odrażającym obłapianiem. Da im nauczkę, gdy wrócą. Nie wyda ich obu na śmierć, choć powinien, ale da im taką nauczkę, że dla którejś z nich to będzie ostatnia. Popatrzył na Ofir, na małą, nieznośną Ofir, która wciąż mu się sprzeciwiała i już wiedział.
Nie zdążył pomyśleć o niczym więcej. Z dna urwiska nagle zawiało popiołem, a podmuch był tak silny, że Kalev niemal zachwiał się na nogach. Nie rozumiał, co się działo, ale pojął jedno – wszystko przestało iść zgodnie z planem.
Jeszcze jeden, gwałtowny i potężny podmuch, a potem kolejny ryk. Później, z samego dna przepaści, jakby wynurzał się z Rendum, w powietrze wzleciał smok.
Światło słońca i ognisk Aberrangu odbijały się od lśniących niczym oszlifowany diament łusek bestii. Stwór rozłożył skrzydła pokryte cienką, rozciągniętą na długich kościach błoną, połyskującą niczym najszczerszy klejnot. Wyciągnął długą, porośniętą kolcami szyję, machnął ogonem i ryknął tak głośno, że Kalev miał wrażenie, że cały świat zachwiał się w posadach.
Potem stwór zionął ogniem. Aberrańczycy, którzy pojęli, co się święci, w ostatniej chwili umknęli przed niszczycielskim płomieniem ogromnego jaszczura. Jego ludzie krzyczeli. Kalev słyszał ich przeraźliwe wrzaski, czuł ohydny, odrażający swąd palonego ciała. Kolana mu się trzęsły, ale nie cofnął się. Był wojownikiem. Był półkrwi Istryjczykiem i przysiągł swoim przodkom przynieść śmierć demonowi z Aberrangu. Umrze w walce. Nie ucieknie jak tchórz.
Smok ryknął i wzbił się w powietrze. Garstka ocalałych patrzyła, jak zatacza koło na niebie, a Aberrańczycy wykorzystali okazję.
Kalev po raz pierwszy uświadomił sobie z całą mocą, że najpewniej nie wróci do domu. Czuł, jak kolana mu drżały, a potem, że w nogawicach zrobiło mu się mokro.
Smok zatoczył jeszcze jeden okrąg, tuż nad ich głowami. Kalev patrzył na jego perłowe łuski, które sprawiały, że smok wyglądał rachitycznie i pięknie. Bestia usiadła na ziemi o kilka kroków przed Sarai i Ofir, które teraz trzęsły się ze strachu w swoich objęciach. Ale Kalev nie miał odwagi ich skarcić. Nie, kiedy wreszcie ujrzał na grzbiecie bestii jeźdźca.
Smok ryknął, ale nie zionął ogniem. Wyciągnął przed siebie zakończoną ostrymi jak brzytwy pazurami łapę i pozwolił jeźdźcowi zsunąć się na ziemię pewnym, pełnym wprawy ruchem.
Postać była smukła, choć nie tak wysoka jak Kalev się spodziewał. Cała odziana w biel, wiotka i wdzięczna niczym elf. Nie widział ani skrawka ciała – nawet dłonie, szczupłe, o długich, zgrabnych palcach jeździec miał odziane w białe rękawice. Na twarzy nosił srebrną, kunsztowną maskę wykutą – mówiło się – własnoręcznie w najstarszych kuźniach Aberrangu. W kuźniach dawnej Istry, którą Vaire odebrał ojcom Kaleva. Błyszczała i była gładka niczym najdoskonalszej roboty lustro, a Kalev widział w niej swoją brudną od potu, popiołu i krwi, umęczoną twarz. Rude jak ogień włosy spływały na jego ramiona. Złote oczy gorzały i błyszczały szaleństwem poprzez otwory srebrnej maski.
Oto Kalev miał przed sobą samego Vairego, Czarnego Płomienia, upadłego Valkę i władcę Aberrangu.
Nagle oprzytomniał i choć wiedział, że to będzie najpewniej ostatnia rzecz jaką uczyni, starając się zrobić to tak szybko, jak tylko był w stanie, rzucił się na smoka i ciął go w szyję. To było instynktowne – czuł w kościach nadchodzącą śmierć i uczynił pierwsze, co podsunął mu sparaliżowany strachem umysł.
Ku jego zdumieniu, bestia nie uczyniła nic, by się uchylić, nic, by się bronić, tylko patrzyła swoimi błękitnymi, zimnymi niczym najstarsze lodowce Freljordu ślepiami prosto w jego twarz, a w chwilę przed tym, gdy jego miecz dosięgnął celu, z gardzieli bestii wydobył się cichy, dudniący pomruk.
Ostrze zatopiło się w twardym cielsku. Bestia zawyła, gorąca, cuchnąca krew chlusnęła z rany, aż wreszcie łeb smoka opadł bezwładnie na ziemię. Kalev nie wierzył własnym oczom. Żaden człowiek nie zdołałby tak łatwo zabić smoka. Nawet tak niewielkich rozmiarów. To nie mieściło mu się w głowie, choć miał przez moment wrażenie, że smok mu na to pozwolił.
Vaire w milczeniu spoglądał na miotającego się w bólu i agonii smoka. Gdy bestia znieruchomiała, pan Aberrangu wyciągnął do niej dłoń i powoli, niemal czułym ruchem, przesunął ją po pokrytej perłową łuską szyi bestii. Przyjął śmierć swojego zwierzęcia z przerażającym i nienaturalnym spokojem. A potem powolnym, ospałym ruchem zwrócił twarz ku Kalevowi.
— Ty głupcze — powiedział wreszcie. Głos miał miękki i niemal przyjemny, choć zniekształcony przez maskę. Kalev zupełnie, zupełnie nie tak wyobrażał sobie Nieprzyjaciela. Mimo jego niepozornego wyglądu, czuł unoszącą się w powietrzu, gęstniejącą grozę. — Myślisz, że możesz się sprzeciwić bogu? Zdaje ci się, że pozwolę takiemu jak ty, nic niewartemu ścierwu, podnieść rękę na moje dziecko?
Kalev zadrżał, a Sarai się rozpłakała. Vaire posłał jej krótkie, ostre spojrzenie, ale zaraz zwróciło się ono na Kaleva. Spodziewał się ciosu. Spodziewał się, że Vaire dobędzie wiszącego u jego pasa miecza i zetnie mu głowę, ale nic podobnego się nie stało. Zdarzyło się coś zupełnie innego i całkiem niespodziewanego.
Vaire otworzył usta i rozbrzmiał jego Głos. Zaczął śpiewać swoją Pieśń.
Gdy Valka śpiewał, Kalev miał wrażenie, że cały świat trzęsie się i chwieje. Głos rozbrzmiał najpierw w powietrzu, potem w ziemi pod ich stopami, aż wreszcie czuł go w całym swoim ciele, w każdym jego członku, w każdym zagłębieniu, we wszystkich kościach.
Kalev nigdy nie słyszał Pieśni bogów, bo żadna Valka poza Vairem nigdy nie pokalała swojej stopy, stąpając po ludzkiej ziemi. Kapłani, którym Maedhros pozwolił Śpiewać i dał namiastkę Głosu, by wyśpiewywali ludziom ciepło i światło, wydawali się marnymi miernotami przy śpiewie samego Vairego, bliźniaczego brata Pierwszego Syna. Jego Pieśń rozbrzmiała w całym jestestwie Kaleva; zadrżał i chwyciło go wzruszenie. Głos Vairego dźwięczał w uszach, trząsł samymi fundamentami rzeczywistości i Kalev wiedział, że już nigdy, przenigdy nie podda w wątpliwość jego boskości, o ile w ogóle będzie miał ku temu okazję.
Powietrze drżało od magii i Kalev nigdy czegoś takiego nie czuł. Najpierw długą chwilę myślał, że kolana trzęsły mu się jak dziecku, a dopiero po pewnym czasie pojął, że to nie jego kolana, lecz ziemia.
I nagle to zobaczył. Vaire śpiewał, jego Głos niósł się echem daleko, między górami, a rana na szyi jego smoka poczęła się zasklepiać.
Kalev nie wiedział, co czyni. Jego ręka sama dobyła sztyletu i sama, całkiem poza jego kontrolą, wbiła ostrze w gardło Vairego.
Pieśń ucichła, a Valka wyprostował się i, nie zważając na cieknącą z przebitego na wylot gardła krew, popatrzył na Kaleva. Potem uniósł odzianą w białą rękawicę dłoń i wyciągnął ostrze ze swojej szyi. Rana niemal natychmiast się zasklepiła.
— Chcesz zabić boga? — zapytał cicho Vaire. — Chcesz zabić nieśmiertelne dziecko Stwórcy? Ukradzionym, żelaznym sztyletem? — Odrzucił go na ziemię i w powietrze wzbiła się chmura popiołu. — Nie rozśmieszaj mnie, człeczyno — prychnął pogardliwie Vaire.
A potem na nowo podjął przerwaną Pieśń.
Kalev mógł tylko patrzeć, jak rana bestii się zrasta, a potem smok podnosi łeb i ryczy tak głośno i przeraźliwie, że miał wrażenie, że góry za jego plecami popękają od tego hałasu.
Vaire dotknął raz jeszcze szyi smoka, a ten wdzięcznie się pod jego dotykiem wygiął, jak gdyby pieszczoty jego pana sprawiały mu niewypowiedzianą przyjemność.
— Eitilt ar shiúl, Cursa. Fŕig an duine dhomh.
Język Valek był śpiewny i miły dla ucha, a jednocześnie tak zawiły, że Kalev nie miał pojęcia, jakim cudem podobne dźwięki wydobywają się z gardła niemal ludzkiej istoty.
Smok zaryczał i wzbił się w powietrze, aż w górę uniosły się tumany kurzu. Kalev się zakrztusił, podobnie Sarai i Ofir. Tylko Vaire stał niewzruszony. Na jego białym odzieniu osiadł pył, który niecierpliwie strzepnął z ramion. Potem odwrócił się do Sarai i Ofir.
— Wy — odezwał się. — Nastał dziś koniec waszej niewoli. Koniec waszego poniżenia. Jeśli marzyłyście kiedykolwiek o wolności, to ja, Vaire, wam ją podaruję. Bramy Aberrangu stoją przed wami otworem. Moja ziemia jest surowa, ale będziecie na niej ludźmi takimi samymi jak mężczyźni. Nie będziecie niczyją własnością.
Kobiety milczały i trzęsły się, a Vaire wbijał w nie twardy, wyczekujący wzrok. Wreszcie odezwała się Ofir.
— Panie. — Jej głos drżał. — Czy to może być? Czy nie kusisz nas pięknymi obietnicami, tylko po to by twoi ludzie spalili nas na stosie ku twej chwale?
Vaire, ku przerażeniu Kaleva, zaśmiał się perlistym, niemal histerycznym śmiechem szaleńca.
— A jeśli powiem, że nie, to uwierzysz mi, pani? — zapytał. — Tyle tylko, że nie masz nic do stracenia. Słowo szaleńca i wątpliwa nadzieja albo pewna niewola u waszego pana. To wasz wybór, ale bramy mej ziemi stoją dla was otworem. Winnyście mi w zamian wyłącznie wierność, a to oznacza odwrócenie się od mojego brata i ojca. Nie czci się w Aberrangu ani Maedhrosa, ani Stwórcy.
Kalevowi niemal serce stanęło na dźwięk tego bluźnierstwa. Odwrócić się od Maedhrosa było największą zbrodnią, jakiej dopuścić się mógł człowiek; przewyższało ją tylko odwrócenie się od Stwórcy. Tego nawet sam miłosierny nade wszystko Elisheva nie mógłby wybaczyć. Po takiej zdradzie na duszę ludzką czekała wyłącznie zimna, ciemna Czeluść – Rendum. Tylko wiara w Maedhrosa i wszechojca, Elishevę, oraz ich łaska uratowały ludzkość przed śmiercią w ciemności i zimnie, w dziurze całkiem pozbawionej ciepła i światła ognia, który zagarnął Vaire.
Czarny Płomień wyciągnął do kobiet Kaleva odzianą w białą rękawicę dłoń, a one popatrzyły na nią z wahaniem. A potem Ofir, jako pierwsza, ujęła ją.
— Wyrzekam się Maedhrosa i oddaję ci się na służbę.
— I ja — zawtórowała jej ciężkim, poważnym głosem Sarai. — Wyrzekam się Maedhrosa i przysięgam ci służyć.
— Dziękuję — powiedział Vaire i to było tak nieoczekiwane, że Kalev aż zamrugał ze zdziwieniem. A potem bóg przesunął na niego spojrzenie. — A ty, człeczyno? Co wybierzesz? Śmierć w mym płomieniu czy też zdradę i odkupienia swoich win w Aberrangu?
Kalev wiedział, że Vaire nie kłamie. Widział w jego oczach bezlitosną pogardę. Słyszał jednak, co Czarny Płomień oferuje takim jak on. Takim, co „krzywdzą” kobiety. Nie mógł pojąć, czemu Vairego, okrutnego Vairego, niszczyciela miast i zdrajcy Stwórcy, mordercę Valek, w ogóle obchodziły te nędzne, żałosne suki. Chyba, że pragnął zagarnąć je dla siebie. Wiele się mówiło o jego upodobaniach i rozpuście, jakiej dopuszczał się w swojej twierdzy w Aberrangu. Mówiło się, że Vaire może zmieniać płeć w zależności od tego, z kim miał ochotę się zabawić. Był wprawdzie mężczyzną, ale bywało, że przyjmował kształt kobiety, by spółkować z mężczyznami, a czasem nawet wtedy tego nie robił. Kalev patrzył na niego i dostrzegał w jego sylwetce potwierdzenie tego faktu. Był drobnym, wiotkim mężczyzną i tkwiła w nim pewna właściwa kobietom gracja i wdzięk. Wzrok Kaleva mimo woli prześlizgnął się po jego spodniach i przeszła mu przez głowę absurdalna myśl, że ciekaw jest, co on właściwie tam miał.
Spłonił się, gdy zauważył, że spojrzenie Vairego podążyło za jego wzrokiem. Najpierw demon zaśmiał się tym swoim histerycznym śmiechem, który przywodził na myśl ujadanie psa, a potem gwałtownie i nagle umilkł. Kalevowi zrobiło się zimno ze strachu i gdyby miał czym, to pewnie znów zlałby się w spodnie. Wzrok Vairego stał się lodowaty i było to tak absurdalne, gdy za jego plecami płonęły ognie Aberrangu, że Kalev mało się histerycznie nie roześmiał. Ale Valce nie było do śmiechu.
— Czy pragniesz żyć, człeczyno?
W pytaniu tym Kalev usłyszał lodowatą i śmiertelnie poważną groźbę. Zaraz zapomniał tak o Stwórcy, jak o Maedhrosie. Pokiwał głową, choć sam siebie za to nienawidził.
Nie widział twarzy Vairego, bo przysłaniała ją maska, ale dałby sobie obciąć obie ręce, że ten się uśmiechnął.
— Dobrze — powiedział cicho. Jego głos nieco złagodniał, ale pozostał złowrogi. — Zatem wyznaj mi, czegoś się dopuścił wobec tych kobiet.
— Ja… — Kalev zamilkł. Co miał rzec? Jego zdaniem nie dopuścił się niczego. One były jego własnością i mógł uczynić z nimi, co chciał, począwszy od zrobienia im dzieci, a skończywszy na przetrąceniu kręgosłupa i wrzuceniu do rynsztoka. Czuł jednak, ze powiedzenie tego Vairemu sprawi, że jego oferta stanie się mniej łaskawa. — Robiłem tylko to, do czego dało mi prawo naszego ludu.
Vaire nie wydawał się tą odpowiedzią ukontentowany. Przestąpił z nogi na nogę i skrzyżował ręce na piersi. Spojrzał na Kaleva wyczekująco i chłodno, a on dygnął niespokojnie.
— Biłem i obrażałem — wymamrotał. — Brałem do łoża wbrew ich woli. Pozwalałem na to gościom.
— Jak długo?
— Mam je od piętnastu lat.
Vaire zamilkł tylko na chwilę — na krótką chwilę, która powiedziała Kalevowi wszystko o skali jego gniewu. Kiedy Valka przemówił, głos miał spokojny.
— Zatem trzydzieści odpracujesz w moich kuźniach – oświadczył chłodno Vaire. — Uczciwie i sprawiedliwie. Po piętnaście za każdą z nich. Później, jeśli wciąż będziesz żywy, będziesz wolnym człowiekiem i jeśli wyrzekniesz się mego brata i ojca, pozwolę ci pozostać w Aberrangu do końca twych dni. Co na to powiesz, kundlu?
Kalev nie znalazł dość odwagi, by wydusić z siebie jakąkolwiek odpowiedź.
— Co mi odpowiesz? — Głos Vairego stał się niecierpliwy.
I wtedy odezwała się Ofir.
— To nieprawda — wycedziła przez zaciśnięte zęby. Patrzyła na Kaleva z taką nienawiścią, że zdziwił się, że nie stanął jeszcze w płomieniach. Wściekł się. Rozjuszyło go, że ta mała suka śmiała wyrzucać mu kłamstwo, a dopiero w chwilę potem pojął, jakie to będzie miało konsekwencje. Głośno przełknął ślinę. Vaire z pewnością nie będzie już miłosierny, gdy dowie się wszystkiego. Kolana mu zadrżały. Upadł nisko. Bardzo nisko. Popatrzył na Ofir błagalnie, niemo prosząc ją, by poniechała. Ale ona, ta mała, nieułożona dziwka, zupełnie go zlekceważyła. Puściła Sarai i z pewnym wahaniem podeszła do Vairego, który zwrócił na nią wzrok. — Zrobił Sarai dziecko. Córkę. Sprzedał ją rok temu, gdy stała się zdolna do rodzenia dzieci. — Umilkła na moment i odwróciła wzrok. Sarai ukryła twarz w dłoniach. Ofir podniosła głowę i spojrzała Vairemu prosto w przysłoniętą maską twarz. — Robił jej to, co nam. Gdy ją sprzedał, miała trzynaście lat. A robił jej to co najmniej od trzech. Wtedy po raz pierwszy to zobaczyłam.
Zapadła ciężka, gęstniejąca cisza, którą przerywało tylko ciche łkanie Sarai. Vaire milczał. Powoli zwrócił głowę w stronę Kaleva. Nie widział twarzy Czarnego Płomienia, ale wcale nie musiał. W jego oczach rozgorzała dzika, niczym niezmącona furia i lodowata nienawiść. Powietrze zadrżało i zgęstniało. Kalev nie mógł oddychać, czuł się, jakby powoli zapadał się w gęste ciemności Rendum i zwolna oddawał ducha. A potem, już po raz drugi tego dnia, poczuł ciepłą strużkę spływającą mu po nodze.
Zatrząsł się.
— Zmieniłem zdanie — powiedział krótko Vaire, ochrypłym od wstrzymywanego gniewu głosem. — Dla takich jak ty bramy mojego królestwa są i na zawsze pozostaną zamknięte.
Szczupłą, odzianą w rękawicę dłonią chwycił rękojeść miecza. Kalev słyszał dźwięk metalu trącającego o metal, tak obcy dla kogoś z Królestw Ludzi, pozbawionych niemal kowali i ich tajemnej sztuki, pozbawionych ognia i żaru. Jego dłoń zalśniła jasnym, oślepiającym blaskiem niczym rozgrzany do białości metal. A potem rozbłysł też miecz. Kalev nigdy czegoś takiego nie widział, ale zbyt był przerażony, by kontemplować piękno tego zjawiska.
Potem stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewał.
Ofir krzyknęła, a Sarai przestała płakać i zamarła. Kalev upadł na kolana i począł modlić się do Maedhrosa i dziękować mu za ratunek.
Stalowe pazury przeszyły Vairego, Czarnego Płomienia, na wylot. Z ust boga wyrwało się zniekształcone przez maskę, zdziwione westchnienie. Szpony cofnęły się, a Vaire przez krótką chwilę stał na nogach. Gorąca, szkarłatna krew zaczęła plamić jego biały strój, spływała po jego nogach wprost na ziemię, w rosnącą kałużę. Kolana się pod nim ugięły.
Bóg upadał, a jego zabójca go podtrzymał.
Kalev nigdy nie widział na własne oczy Cirdana, Prawej Ręki władcy Aberrangu, wywleczonej z głębin Rendum Valgi, ale nie podejrzewał, by to mógł być ktokolwiek inny. Zaraz zresztą jego domysły potwierdził słaby szept Vairego.
— Cirdan…?
— Nadszedł czas — odpowiedział tamten. Zdjął hełm, a po jego ramionach rozsypały się jasne, lśniące perłowo niczym światło gwiazd włosy. — Nadszedł czas na zmiany, Vaire. To nie może trwać w nieskończoność.
Vaire nic nie odpowiedział. Jeszcze chwilę jego pierś unosiła się i opadała, a plama krwi rosła i rosła, aż wreszcie Valka zupełnie znieruchomiał.
Nikt nic nie rzekł. Kalev wiedział, że na jego oczach działa się kuriozalna scena. Pojmował, że stał się świadkiem czegoś niezwykłego, niewyobrażalnego, co zupełnie zmieni historię ludzkości.
Oczywiście jeśli Cirdan okaże się litościwy. To była przecież Valga – twór samego Stwórcy, nieudana Valka, istota tak zepsuta, że godna jedynie tego, by zepchnąć ją do Rendum. Opowieści o jego okrucieństwie krążyły po wszystkich Królestwach Ludzi i Kalev wiele razy o nich słyszał. Wiele razy słyszał o patroszonych żywcem ludziach, wiele razy słyszał opowieści o krzykach torturowanych, dobiegających z lochów twierdzy w Aberrangu. Wiele razy słyszał o bestiach, jakie Cirdan dla zabawy nasyłał na ludzkie osady, by polowały na ludzi jak na zwierzęta i pożerały ich żywcem. Palenie ofiar w ogniu przeszło do straszliwych legend, powtarzanych z pokolenia na pokolenie.
Oczy miał jasne, zimne, stalowoszare niczym zbroja, którą nosił. Gdy przemawiał, Kalev widział ostre jak brzytwa, stalowe zęby potwora. Popatrzył na Sarai i Ofir.
— Bramy Aberrangu są dla was otwarte — powiedział zimno Valga. A potem spojrzał na Kaleva, któremu serce podeszło do gardła i popuścił w spodnie po raz trzeci. — A co do ciebie… Chcę, byś wrócił do Królestw. — Schylił się i wziął na ręce ciało upadłego boga — ciało tego, który sprowadził na ludzkość ciemność i zimno. Tego, który odebrał im ogień. — Chcę, byś rozpowiadał w waszych miastach dobrą nowinę. A brzmi ona: „Umarł król, niech żyje król”. Vaire upadł z mojej ręki, więc teraz przede mną ugniecie kolano.
Odwrócił się i odszedł, niosąc na rękach ciało swego pana, zanim Kalev zdołał cokolwiek odrzec.